Moje włoskie życie

28.07.2016 05:27
Moje włoskie życie

Siedzę na tarasie na 2 tys. m.n.p.m. I zastanawiam się nad tym, co sama powiedziałam zaledwie kilka dni temu błądząc po górskich włoskich ścieżkach i małych miasteczkach. Ja to mam włoskie korzenie, stwierdziłam z radością. Dlaczego? Bo wiele rzeczy traktuję „na luzie” (tak to jest odbierane przez innych), a odnoszę wrażenie (może jest ono mylne), że Włosi mają podobnie.

Mam tak:

 - nie zastanawiam się, co by było, gdyby… Bo nie będzie.

- nie zamartwiam się na przyszłość. Jedyne, co mogę to solidnie przygotować się/ zrobić to, co do mnie należy. Znaleźć granicę mojego wpływu. I powiedzieć sobie: zrobiłam wszystko, co w mojej mocy. Z całą resztą mogę się tylko pogodzić, walka z wiatrakami nie ma sensu, a tylko zabiera energię tak potrzebną do innych zadań.

- coś się wydarzyło? No cóż, mleko się wylało. Posprzątam i zastanowię się, co dalej, jak rozwiązać problem. Nie rozkładam go na czynniki pierwsze, nie analizują po stokroć. Wyciągam wnioski i idę dalej. Rozpamiętywanie prowadzi do smutku i depresji, niczego nie zmieni.

- czasem sobie mówię, jak Scarlett O’hara z „Przeminęło z wiatrem” – pomyślę o tym jutro. Myślę tak wtedy, kiedy nie mam wpływu na sytuację, albo mój wpływ jest ograniczony a myślenie o sytuacji to tylko niepotrzebne nakręcanie się. Ta myśl jest cudowna wieczorem, kiedy nie mogę zasnąć, bo męczy mnie coś, co ma być jutro albo jeszcze później. Rozpatrywanie scenariuszy, układanie ich, zamartwianie się – niczego nie zmieni, nie pomoże, a wręcz przeciwnie – jutro będę wykończona nieprzespaną nocą. A poranki są cudowne, często same przynoszą rozwiązania. Znacie to uczucie, kiedy rano pierwsza myśl to „niepotrzebnie się zamartwiałam”?

Często powtarzam moim najbliższym – niepotrzebnie się tak denerwujesz, czy masz na to wpływ?

Oczywiście, nie jestem ostoją spokoju, bo to niemożliwe. Ja po prostu dbam o swój komfort, o komfort mojego życia. Nie mówię sobie: a to świnia, jak mógł/mogła to tak zrobić. Myślę sobie, czego nie dopilnowałam, co zrobiłam nie tak, jaki miałam wpływ na sytuację?

Jak się tego nauczyłam? Dzięki mojemu mężowi (który pewnie padnie trupem, jak to przeczyta ;)). Wyjechał na długo, więc musiałam nauczyć się wybierać między tym, co ważne, a tym, co mniej ważne albo zupełnie nieistotne. Wypadek, którego stał się uczestnikiem sprawił, że życie wywróciło się do góry nogami i nauczyłam się korzystać z „tu i teraz” i nie zamartwiać na przyszłość. A potem trafiłam na coaching, podczas którego całkiem często ze zdumieniem wykrzykiwałam: jeeenyyy, przecież nie mam na to wpływu!

Nauczyłam się mówić o tym, co mnie boli, denerwuje, dotyka. Staram się mówić o tym w taki sposób, by nie bolało innych.

I wybaczam. „Jeśli wybaczę, idę do przodu, jeśli nie – tkwię w tym szambie” (prof. R. Ossowski). To nie oznacza, że przemilczam. To oznacza, że mówię, o tym, co dla mnie w danej sytuacji trudne, rozmawiam, a potem idę dalej. Nie ma sensu wałkować tematu w kółko, albo zamartwiać się, że mój rozmówca nadal ma „focha”. Zrobiłam, co mogłam, a to, co zrobi z tym rozmówca pozostaje poza moją strefą wpływu.

I to odwieczne pragnienie kontrolowania wszystkiego. Przeczytałam mądre zdanie: „kontrola jest tylko iluzją i potęguje nasze napięcie. Gdy okazuje się, że czegoś nie kontrolujemy, a zawsze czegoś nie kontrolujemy, dostajemy szału. Kto jest temu winien? Tylko my sami, bo wyobrażamy sobie, że mamy na coś wpływ poza sobą” (D. Minta).

„Życia po włosku” da się nauczyć. Trzeba tylko chcieć.